Z Jutrosina do serca NASA. Niezwykła historia Włodzimierza Gawrońskiego

Opublikowano:
Autor:

Z Jutrosina do serca NASA. Niezwykła historia Włodzimierza Gawrońskiego - Zdjęcie główne
Autor: M. Urbanowicz
Zobacz
galerię
15
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościZaczynał w powojennym Jutrosinie, gdzie jedynym luksusem była cisza i brak prądu. Kilkadziesiąt lat później, jako główny inżynier w kalifornijskim Jet Propulsion Laboratory (JPL), odpowiadał za „uszy” ludzkości skierowane w stronę Marsa, Jowisza i Saturna. Włodzimierz Gawroński, wybitny naukowiec i pasjonat, spotkał się ze studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku, by opowiedzieć o swojej drodze z wielkopolskiej miedzy do centrum dowodzenia agencji kosmicznej.
reklama

Dzieciństwo w rytmie gazowych latarni

Spotkanie w Jutrosińskim UTW nie było zwykłym wykładem. To był powrót do korzeni człowieka, który mimo światowej kariery, nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Włodzimierz Gawroński urodził się w 1944 roku w rodzinie znanego lokalnego lekarza i farmaceutki. Jego wspomnienia z najmłodszych lat są uderzająco proste i magiczne zarazem.

- Moje dzieciństwo, do końca podstawówki toczyło się w mieście, gdzie nie było prądu. Do dzisiaj wspominam te czasy jako wielki dar. Nie wyobrażacie sobie państwo, jak to wyglądało: bez radia, była cisza. Jeden samochód w całym mieście, a tak to koń. Na rynku było oświetlenie gazowe - wspominał profesor Gawroński.

To właśnie ta wnikliwość i spokój wyniesiony z czasów „przed elektrycznością” ukształtowały jego naukową naturę. Jednak droga do NASA wiodła przez bunt.

reklama

Niepokorny profesor i uchodźca z pędzlem w dłoni

Zanim Włodzimierz Gawroński trafił do Kalifornii, był profesorem na Politechnice Gdańskiej. Jego kariera w PRL-u stanęła pod znakiem zapytania przez... brak entuzjazmu do pochodów pierwszomajowych. Jak sam przyznaje, był „niepokorny”, co w tamtych czasach oznaczało kłopoty.

W 1986 roku, z żoną, dwójką dzieci i niepewnością w sercu, wyjechał do USA jako uchodźca. Zanim stał się „Bodkiem” (tak nazywali go Amerykanie, bo imię Włodzimierz było zbyt trudne), musiał zakasać rękawy do ciężkiej fizycznej pracy.

- W Filadelfii przez rok różne rzeczy robiłem. Spawałem, malowałem, zamiatałem... Pisałem różne podania, nie wychodziło - chyba z 400 wysłałem. Nic - opowiadał.

27 lat w elitarnym JPL NASA

reklama

Przełomem był grant badawczy, który otworzył mu drzwi do NASA. Ostatecznie trafił do Jet Propulsion Laboratory (JPL) w Pasadenie - miejsca, gdzie rodzą się misje na Marsa. Choć początkowo nie chciał tam iść (dzieci nie chciały uczyć się kolejnego języka!), spędził tam niemal trzy dekady.

Pracował przy najważniejszych misjach ludzkości:

  • Galileo (Jowisz)
  • Cassini (Saturn)
  • Curiosity (łazik marsjański)
  • Teleskop Hubble'a

Jego specjalnością stały się ogromne anteny o średnicy 70 metrów, tworzące sieć Deep Space Network. To dzięki jego wyliczeniom sygnał z małego robota na Marsie, słabszy niż sygnał z telefonu komórkowego, może być czysto odebrany na Ziemi.

- Sygnał jest tak słaby, że odbiornik musi być schłodzony prawie do zera absolutnego, żeby go w ogóle zobaczyć. Moim zadaniem było celowanie z wielką precyzją. Jeśli antena nie wyceluje dobrze, nic nie usłyszymy - tłumaczył zebranym.

reklama

Spotkanie w Pasadenie: Syn Papcia Chmiela

Podczas spotkania JPUTW połączyło się z innym Polakiem pracującym w JPL - Arturem Chmielewskim, synem słynnego rysownika Papcia Chmiela. Artur, nazywany w USA „ABC”, pracował z Włodzimierzem przez lata.

- Włodek i Artur pracowali razem. Artur jako menadżer, a Włodek typowo zajmował się połączeniami i antenami. To niesamowite, że dwaj Polacy spotkali się w takim miejscu - mówiła Krystyna Konieczna, prezes JPUTW.

Powrót do domu

Dziś profesor Gawroński mieszka w Poznaniu. Po 14 latach od powrotu do Polski przyznaje, że nie żałuje tej decyzji. Choć kiedyś zarządzał technologią „nie z tej ziemi”, dziś najbardziej ceni sobie bezpośredni kontakt z ludźmi i spokój, który przypomina mu ten z dziecięcego Jutrosina.

reklama

 - Włodek to jest taki skromny człowiek i tak opowiada o tym wszystkim, jakby to był chleb z masłem. A przecież on zajmował najwyższe stanowisko techniczne w NASA! - podsumowała Krystyna Konieczna.

 

 

reklama
WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo