Dzieciństwo w rytmie gazowych latarni
Spotkanie w Jutrosińskim UTW nie było zwykłym wykładem. To był powrót do korzeni człowieka, który mimo światowej kariery, nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Włodzimierz Gawroński urodził się w 1944 roku w rodzinie znanego lokalnego lekarza i farmaceutki. Jego wspomnienia z najmłodszych lat są uderzająco proste i magiczne zarazem.
- Moje dzieciństwo, do końca podstawówki toczyło się w mieście, gdzie nie było prądu. Do dzisiaj wspominam te czasy jako wielki dar. Nie wyobrażacie sobie państwo, jak to wyglądało: bez radia, była cisza. Jeden samochód w całym mieście, a tak to koń. Na rynku było oświetlenie gazowe - wspominał profesor Gawroński.
To właśnie ta wnikliwość i spokój wyniesiony z czasów „przed elektrycznością” ukształtowały jego naukową naturę. Jednak droga do NASA wiodła przez bunt.
Niepokorny profesor i uchodźca z pędzlem w dłoni
Zanim Włodzimierz Gawroński trafił do Kalifornii, był profesorem na Politechnice Gdańskiej. Jego kariera w PRL-u stanęła pod znakiem zapytania przez... brak entuzjazmu do pochodów pierwszomajowych. Jak sam przyznaje, był „niepokorny”, co w tamtych czasach oznaczało kłopoty.
W 1986 roku, z żoną, dwójką dzieci i niepewnością w sercu, wyjechał do USA jako uchodźca. Zanim stał się „Bodkiem” (tak nazywali go Amerykanie, bo imię Włodzimierz było zbyt trudne), musiał zakasać rękawy do ciężkiej fizycznej pracy.
- W Filadelfii przez rok różne rzeczy robiłem. Spawałem, malowałem, zamiatałem... Pisałem różne podania, nie wychodziło - chyba z 400 wysłałem. Nic - opowiadał.
27 lat w elitarnym JPL NASA
Przełomem był grant badawczy, który otworzył mu drzwi do NASA. Ostatecznie trafił do Jet Propulsion Laboratory (JPL) w Pasadenie - miejsca, gdzie rodzą się misje na Marsa. Choć początkowo nie chciał tam iść (dzieci nie chciały uczyć się kolejnego języka!), spędził tam niemal trzy dekady.
Pracował przy najważniejszych misjach ludzkości:
- Galileo (Jowisz)
- Cassini (Saturn)
- Curiosity (łazik marsjański)
- Teleskop Hubble'a
Jego specjalnością stały się ogromne anteny o średnicy 70 metrów, tworzące sieć Deep Space Network. To dzięki jego wyliczeniom sygnał z małego robota na Marsie, słabszy niż sygnał z telefonu komórkowego, może być czysto odebrany na Ziemi.
- Sygnał jest tak słaby, że odbiornik musi być schłodzony prawie do zera absolutnego, żeby go w ogóle zobaczyć. Moim zadaniem było celowanie z wielką precyzją. Jeśli antena nie wyceluje dobrze, nic nie usłyszymy - tłumaczył zebranym.
Spotkanie w Pasadenie: Syn Papcia Chmiela
Podczas spotkania JPUTW połączyło się z innym Polakiem pracującym w JPL - Arturem Chmielewskim, synem słynnego rysownika Papcia Chmiela. Artur, nazywany w USA „ABC”, pracował z Włodzimierzem przez lata.
- Włodek i Artur pracowali razem. Artur jako menadżer, a Włodek typowo zajmował się połączeniami i antenami. To niesamowite, że dwaj Polacy spotkali się w takim miejscu - mówiła Krystyna Konieczna, prezes JPUTW.
Powrót do domu
Dziś profesor Gawroński mieszka w Poznaniu. Po 14 latach od powrotu do Polski przyznaje, że nie żałuje tej decyzji. Choć kiedyś zarządzał technologią „nie z tej ziemi”, dziś najbardziej ceni sobie bezpośredni kontakt z ludźmi i spokój, który przypomina mu ten z dziecięcego Jutrosina.
- Włodek to jest taki skromny człowiek i tak opowiada o tym wszystkim, jakby to był chleb z masłem. A przecież on zajmował najwyższe stanowisko techniczne w NASA! - podsumowała Krystyna Konieczna.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.