Problem dzikich królików w Dłoni przestał być jedynie przyrodniczą ciekawostką, a stał się realnym obciążeniem finansowym dla właścicieli działek. Mieszkańcy, którzy do niedawna cieszyli się spokojem w swoich ogrodach, dziś bezradnie patrzą na efekty niszczycielskiej działalności gryzoni.
Zdjęcia od czytelników nie kłamią
Przesłane do redakcji fotografie najlepiej oddają obraz sytuacji. Widać na nich tunele foliowe z poszarpanym poszyciem, poprzegryzane siatki zabezpieczające i liczne nory wykopane bezpośrednio na grządkach. Mieszkańcy alarmują, że zwierzęta niszczą wszystko, co napotkają na swojej drodze - od kory młodych drzewek owocowych, przez ozdobne krzewy, aż po świeżo posadzone warzywa.
Szczególnie uciążliwe są odchody, którymi gęsto pokryte są trawniki w okolicach bloków, co uniemożliwia dzieciom swobodną zabawę na trawie.
Petycja do urzędu: „Domagamy się odłowu”
Grupa działkowców z Dłoni nie zamierza dłużej czekać. Podpisy pod pismem do Rady Miejskiej zbierano w ekspresowym tempie.
– My, niżej podpisani działkowicze w Dłoni, zwracamy się z prośbą o podjęcie pilnych działań w sprawie plagi dzikich królików na terenie naszych działek – brzmi fragment dokumentu.
Głównym postulatem mieszkańców jest profesjonalny odłów zwierząt i ich wywiezienie w bezpieczne miejsce. W piśmie pojawia się również sugestia, że problem ma swoje źródło w niewłaściwie zabezpieczonej prywatnej hodowli, z której króliki miałyby się wydostawać na teren miejscowości.
Samorząd reaguje, ale studzi emocje
Sprawa trafiła na sesję Rady Miejskiej w Miejskiej Górce (25 marca). Wiceburmistrz Sebastian Czwojda potwierdził, że petycja wpłynęła do urzędu 20 marca i została potraktowana priorytetowo.
Włodarz gminy zaznaczył jednak, że zanim zostaną podjęte radykalne kroki, konieczne jest dokładne sprawdzenie przepisów prawa. Mieszkańcy czekają na decyzję, czy gmina wprowadzi konkretne kroki administracyjne lub zarządzi odłów.
Do tematu wrócimy.