Fizjologia grozy. Gdzie rodzi się strach?
Festiwal RawiKon odbywający się w tym roku pod hasłem "O zgrrrozo!", stał się pretekstem do rozważań nad naturą strachu, a jednym z niezwykłych gości wydarzenia był człowiek nietuzinkowy - mistrz retro kryminałów - Marek Krajewski.
Choć ceniony i popularny pisarz Marek Krajewski kojarzony jest przede wszystkim ze światem zbrodni i mrocznych kryminałów, sam niechętnie posługuje się słownikowymi definicjami grozy. Zamiast tego odwołuje się do biologii i czystego subiektywizmu.
- Groza jest pewnym stanem umysłu, w który wprowadzają nas rzeczy niesamowite - wyjaśniał pisarz podczas spotkania w rawickiej multibibliotece.
Przywołał przy tym etymologię słowa „niesamowity”, które niegdyś oznaczało coś „podobnego do człowieka, ale człowiekiem niebędącego”.
- Jeżeli miałbym zdefiniować grozę, odwołałbym się do moich subiektywnych odczuć. Groza jest wtedy, kiedy powstają nam włoski na przedramionach. U mnie te hormony - to chyba adrenalina - uaktywniały się od dziecka, bo uwielbiałem horror - przyznał autor.
Pisarz przyznał, że kluczowe znaczenie dla jego wyobraźni miały dwa filmy. Pierwszym z nich był "Egzorcysta", którego obejrzał jako 22-letni młodzieniec na starym magnetowidzie Panasonic. Obraz ten zakorzenił się w nim tak głęboko, że po latach musiał dać mu upust w wydanej niedawno powieści "Głos z piekła". W stworzeniu realistycznych opisów opętania pomógł mu obecny na sali współpracownik i eksplorator, Mikołaj Kołyszko, twórca serialu audio o egzorcyzmach.
Drugim dziełem formacyjnym okazał się "Harry Angel" Alana Parkera z 1988 roku z Mickeyem Rourke’iem i Robertem De Niro jako Lucyferem. Film ten zachwycił Krajewskiego unikalnym połączeniem horroru z kinem detektywistycznym oraz pokazaniem, że scenerią dla grozy nie muszą być gotyckie zamczyska, ale duszne, wielkie miasto końca lat 40.
Od traktatów o demonach do Eberharda Mocka
Na spotkaniu nie zabrakło oczywiście opowieści o początku literackiej drogi Krajewskiego, która - jak sam precyzyjnie określił - przypadła na upalny lipiec 1991 roku. Przyszły pisarz miał wówczas 25 lat i pracował jako filolog klasyczny w dziale starych druków wrocławskiego Ossolineum, katalogując dzieła w języku łacińskim i greckim.
- Szybko skatalogowałem te dziesięć sztuk, które zadał mi szef, i siedząc w magazynie, zacząłem przeglądać inne książki - wspominał. - W ręce wpadały mi same traktaty okultystyczne i spirytystyczne, jak „De demonibus” o demonach czy „De spectris” o widziadłach. Nagle pomyślałem: „Oto nadeszła chwila, żeby napisać horror, który rozgrywa się we Wrocławiu”.
Z tą myślą Krajewski wyszedł na dziedziniec Ossolineum i - jak opisywał - usiadł pod pięknym, rosnącym tam jeszcze wówczas kasztanowcem i zapalił papierosa. To wtedy narodził się pomysł na książkę "Śmierć w Breslau". Jednak w trakcie pracy koncepcja uległa zmianie. Pierwotny horror pod wpływem tytoniowego dymu ewoluował w kryminał , który dał początek serii z Eberhardem Mockiem i otworzył Krajewskiemu drzwi do wielkiej literackiej kariery.
Gra z czytelnikiem i narodziny spin-offu
W swoich książkach Krajewski unika jednoznaczności. Jak sam przyznaje, najbardziej ceni dzieła, które pozostawiają pole do interpretacji - tak jak film "Dziecko Rosemary" Romana Polańskiego, gdzie widz do końca nie wie, czy obcuje z realnym szatanem, czy jedynie z psychotycznymi wizjami kobiety w ciąży. Podobny mechanizm autor zastosował w "Głosie z piekła", wprowadzając postać Herberta Anwalda - racjonalisty, psychiatry i medyka, który próbuje leczyć domniemaną opętaną za pomocą hipnozy. Czytelnik zostaje zawieszony między jego naukowym podejściem a narastającą niesamowitością.
Postać Anwalda to klasyczny literacki spin-off, inspirowany mechanizmami znanymi z amerykańskich seriali lubianych przez Krajewskiego, takich jak "Better Call Saul" (odnoga słynnego "Breaking Bad"). Anwald pojawił się po raz pierwszy jako 30-letni asystent Mocka w debiutanckiej powieści, po czym zniknął z książkowego uniwersum. Impulsem do jego wskrzeszenia była rozmowa z młodym maturzystą w 2001 roku, który szczerze wyznał Krajewskiemu, że nastolatkowie wolą młodszego Anwalda od lawirującego i przypominającego ich ojców Mocka.
Pisarz zaznaczył, że decyzja o powrocie do tej postaci rodziła jednak potężne problemy fabularne. Czytelnicy domagali się obecności Mocka, ale ponieważ bohaterowie poznali się oficjalnie w 1933 roku we Wrocławiu, a nowa akcja miała dziać się w roku 1926, ich drogi nie mogły się jeszcze skrzyżować. Krajewski rozwiązał ten węzeł gordyjski, zmuszając Anwalda do ukrywania się pod zmienionym nazwiskiem - Herbert Maj (co było ukłonem w stronę Karola Maya, autora ukochanych książek o Winnetou z dzieciństwa pisarza).
Powieść "Głos z piekła" zapoczątkowała nowy cykl, w ramach którego autor tworzy obecnie tzw. trylogię wałbrzyską. Pierwsza część, "Droga krwi", miała swoją premierę niedawno. Podczas spotkania na Rawikonie Krajewski po raz pierwszy publicznie zdradził tytuł kolejnego tomu:
- Książka ukaże się w październiku i będzie nosić tytuł „Bogini Wisielców”. Inspiracją stał się XVI-wieczny cytat hiszpańskiego biskupa z Jukatanu. Pisał on o wierzeniach Majów, u których samobójstwo było społecznie akceptowanym aktem wyboru. Wierzyli oni, że w momencie śmierci przychodzi do nich bogini Ixtab i prowadzi ich prosto do majańskiego raju. Ten cytat będzie mottem wyjaśniającym tytuł powieści - zdradził Marek Krajewski.
„Teraz jestem raczej dyktatorem”
Pytany o to, czy słucha głosów swoich czytelników, Marek Krajewski odpowiedział bez wahania:
- Teraz jestem raczej dyktatorem.
Choć ma świadomość, że 75% jego odbiorców stanowią kobiety, próba ugięcia się pod ich sugestiami i napisania powieści z kobiecą protagonistką zakończyła się - w jego własnej ocenie - fiaskiem. Mowa o książce "Ostre", której bohaterką jest Ewa Skoczek. Pisarz z rozbrajającą szczerością opowiedział o trudnościach z wejściem w nieznany mu kobiecy świat.
- Co ja się namęczyłem z tą książką! Kompletnie nie znam się na kosmetykach czy upiększaniu. Sam w salonie kosmetycznym byłem tylko w jednym celu: żeby zrobiono mi manicure. I tyle. Chciałem napisać scenę, w której Ewa wchodzi do takiego zakładu i widzi coś nieoczywistego. Zapytałem córki, co kobiety mogą tam robić. Kasia odpowiedziała: „Napisz tato, że robiła hybrydę”. Hybryda? Dla mnie to połączenie dwóch niejednorodnych elementów! Córka sprecyzowała, żebym napisał o nakładaniu lakieru hybrydowego. Tak zrobiłem. A potem moje redaktorki złapały się za głowy: „Marek, a nie mogłeś po prostu napisać, że nakładała hybrydę?”. To był świat zupełnie mi obcy. Książka została przyjęta dość kwaśno - opisywał autor.
To doświadczenie utwierdziło Krajewskiego w przekonaniu, że musi pozostać wierny własnej, konserwatywnej wizji retro kryminału. Odpiera zarzuty o brak sprawczości kobiet w jego powieściach, przypominając o realiach historycznych lat 20. i 30., kiedy w polskiej policji sprawami obyczajowymi zajmowała się zaledwie jedna kobieta-pułkownik.
Jako zadeklarowany dżentelmen, wychowany na dziewiętnastowiecznych angielskich wzorcach, Krajewski konsekwentnie unika tematów politycznych, religijnych i prywatnych finansów.
- Będę trzymał się swojej drogi. Przez najbliższe pięć lat zamierzam pisać kolejne kryminały z Anwaldem i Popielskim, który niedługo powróci - podkreślił.
Magia liczb i emerytalne plany
Pisarz, który w tym roku kończy 60 lat, precyzyjnie zaplanował koniec swojej intensywnej aktywności zawodowej. Jako miłośnik liczb zamierza domknąć swój dorobek do symbolicznej puli.
- Przez najbliższe pięć lat chcę napisać jeszcze 10 powieści, tak aby mój łączny bilans wyniósł dokładnie 44 książki. Przy tej liczbie skończę karierę literacką w obecnym tempie - zapowiedział.
Zaznaczył jednak, że po przejściu na pisarską „emeryturę” zwolni bieg - zamiast dwóch książek rocznie będzie publikował jedną na dwa lata i być może spróbuje innych gatunków.
Krajewski zauważył też, jak drastycznie zmienił się rynek od czasu jego debiutu. Dwadzieścia lat temu konkurencja była znikoma, a media chętnie okrzykiwały go „królem kryminału”. Dziś rynek jest nasycony wszelkimi możliwymi podgatunkami - od kryminałów feministycznych, przez gejowskie, aż po milicyjne z okresu PRL.
- W tej chwili jestem jednym z wielu autorów na rynku. Bardzo się jednak cieszę i doceniam to, że jestem pisarzem, który żyje wyłącznie z pisania powieści. To był mój cel zawodowy i to mi się udało - mówił.
Czytelniczy spis i powrót do beletrystyki
Co ciekawe, autor "Śmierci w Breslau" wyznał, że od pewnego czasu porzucił swoje dawne zainteresowania filozoficzne na rzecz intensywnego powrotu do beletrystyki. Choć sceptycznie ocenia literackie wybory niektórych Dyskusyjnych Klubów Książki, które zbyt mocno koncentrują się na literaturze obyczajowej i romansach sam stworzył rygorystyczny system selekcji lektur oparty na nominacjach do najważniejszych nagród i rekomendacjach zaufanych recenzentów.
Krajewski namiętnie słucha audiobooków, zwłaszcza podczas jazdy samochodem. Jego czytelnicze tempo imponuje:
- Mamy lipiec 2026 roku, a ja przeczytałem i przesłuchałem już 30 książek. Pięć z nich uznałem za wybitne, pięć za dobre, a dwadzieścia za średnie, z czego wielu nawet nie skończyłem. W spisie na ten rok mam kolejnych trzydzieści pozycji.
Choć w kwestiach kryminalnych bezgranicznie ufa gustowi swojej żony, sam szuka w literaturze czegoś więcej - idealnego balansu między wartką, pełną punktów kulminacyjnych akcją a głęboką psychologią postaci. Za jedno ze swoich największych osobistych odkryć literackich uważa norweskiego mistrza Jo Nesbø, którego powieści aktualnie z zapartym tchem analizuje.
Marek Krajewski udowodnił, że mimo upływu lat i zmieniających się mód, wciąż pozostaje wierny rzemiosłu, historii i zasadom dawnego świata - zarówno w życiu, jak i na kartach swoich mrocznych opowieści. Nic dziwnego, że ma wielkie grono fanów, a ci którzy dotarli na rawickie spotkanie zaznaczali, że było ono ogromną przyjemnością i potwierdziło ich przypuszczenia, że oprócz mistrzowskiego posługiwania się słowem, Krajewski jest po prostu człowiekiem z ogromną klasą.