Marek Krajewski na RawiKonie. Spisane demony, dyktatura i wyliczona matematycznie emerytura

Opublikowano:
Autor:

Marek Krajewski na RawiKonie. Spisane demony, dyktatura i wyliczona matematycznie emerytura - Zdjęcie główne
Autor: J. Miśkowiak
Zobacz
galerię
30
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościMarek Krajewski, niekwestionowany mistrz polskiego retro kryminału, podczas spotkania na festiwalu RawiKon w rawickiej multibibliotece bez lukru obnażył kulisy pisarskiego rzemiosła. W pełnej anegdot rozmowie wyjaśnił, jak stare traktaty o demonach pchnęły go ku zbrodni, dlaczego świadomie ignoruje oczekiwania większości swoich czytelników oraz zdradził matematycznie wyliczoną datę przejścia na literacką emeryturę.
reklama
reklama

Fizjologia grozy. Gdzie rodzi się strach?

Festiwal RawiKon odbywający się w tym roku pod hasłem "O zgrrrozo!", stał się pretekstem do rozważań nad naturą strachu, a jednym z niezwykłych gości wydarzenia był człowiek nietuzinkowy - mistrz retro kryminałów - Marek Krajewski.

Choć ceniony i popularny pisarz Marek Krajewski kojarzony jest przede wszystkim ze światem zbrodni i mrocznych kryminałów, sam niechętnie posługuje się słownikowymi definicjami grozy. Zamiast tego odwołuje się do biologii i czystego subiektywizmu.

reklama

- Groza jest pewnym stanem umysłu, w który wprowadzają nas rzeczy niesamowite - wyjaśniał pisarz podczas spotkania w rawickiej multibibliotece.

Przywołał przy tym etymologię słowa „niesamowity”, które niegdyś oznaczało coś „podobnego do człowieka, ale człowiekiem niebędącego”.

- Jeżeli miałbym zdefiniować grozę, odwołałbym się do moich subiektywnych odczuć. Groza jest wtedy, kiedy powstają nam włoski na przedramionach. U mnie te hormony - to chyba adrenalina - uaktywniały się od dziecka, bo uwielbiałem horror - przyznał autor.

reklama

Pisarz przyznał, że kluczowe znaczenie dla jego wyobraźni miały dwa filmy. Pierwszym z nich był "Egzorcysta", którego obejrzał jako 22-letni młodzieniec na starym magnetowidzie Panasonic. Obraz ten zakorzenił się w nim tak głęboko, że po latach musiał dać mu upust w wydanej niedawno powieści "Głos z piekła". W stworzeniu realistycznych opisów opętania pomógł mu obecny na sali współpracownik i eksplorator, Mikołaj Kołyszko, twórca serialu audio o egzorcyzmach.

reklama

Drugim dziełem formacyjnym okazał się "Harry Angel" Alana Parkera z 1988 roku z Mickeyem Rourke’iem i Robertem De Niro jako Lucyferem. Film ten zachwycił Krajewskiego unikalnym połączeniem horroru z kinem detektywistycznym oraz pokazaniem, że scenerią dla grozy nie muszą być gotyckie zamczyska, ale duszne, wielkie miasto końca lat 40.

Od traktatów o demonach do Eberharda Mocka

Na spotkaniu nie zabrakło oczywiście opowieści o początku literackiej drogi Krajewskiego, która - jak sam precyzyjnie określił - przypadła na upalny lipiec 1991 roku. Przyszły pisarz miał wówczas 25 lat i pracował jako filolog klasyczny w dziale starych druków wrocławskiego Ossolineum, katalogując dzieła w języku łacińskim i greckim.

- Szybko skatalogowałem te dziesięć sztuk, które zadał mi szef, i siedząc w magazynie, zacząłem przeglądać inne książki - wspominał. - W ręce wpadały mi same traktaty okultystyczne i spirytystyczne, jak „De demonibus” o demonach czy „De spectris” o widziadłach. Nagle pomyślałem: „Oto nadeszła chwila, żeby napisać horror, który rozgrywa się we Wrocławiu”.

Z tą myślą Krajewski wyszedł na dziedziniec Ossolineum i - jak opisywał - usiadł pod pięknym, rosnącym tam jeszcze wówczas kasztanowcem i zapalił papierosa. To wtedy narodził się pomysł na książkę "Śmierć w Breslau". Jednak w trakcie pracy koncepcja uległa zmianie. Pierwotny horror pod wpływem tytoniowego dymu ewoluował w kryminał , który dał początek serii z Eberhardem Mockiem i otworzył Krajewskiemu drzwi do wielkiej literackiej kariery.

Gra z czytelnikiem i narodziny spin-offu

W swoich książkach Krajewski unika jednoznaczności. Jak sam przyznaje, najbardziej ceni dzieła, które pozostawiają pole do interpretacji - tak jak film "Dziecko Rosemary" Romana Polańskiego, gdzie widz do końca nie wie, czy obcuje z realnym szatanem, czy jedynie z psychotycznymi wizjami kobiety w ciąży. Podobny mechanizm autor zastosował w "Głosie z piekła", wprowadzając postać Herberta Anwalda - racjonalisty, psychiatry i medyka, który próbuje leczyć domniemaną opętaną za pomocą hipnozy. Czytelnik zostaje zawieszony między jego naukowym podejściem a narastającą niesamowitością.

Postać Anwalda to klasyczny literacki spin-off, inspirowany mechanizmami znanymi z amerykańskich seriali lubianych przez Krajewskiego, takich jak "Better Call Saul" (odnoga słynnego "Breaking Bad"). Anwald pojawił się po raz pierwszy jako 30-letni asystent Mocka w debiutanckiej powieści, po czym zniknął z książkowego uniwersum. Impulsem do jego wskrzeszenia była rozmowa z młodym maturzystą w 2001 roku, który szczerze wyznał Krajewskiemu, że nastolatkowie wolą młodszego Anwalda od lawirującego i przypominającego ich ojców Mocka.

Pisarz zaznaczył, że decyzja o powrocie do tej postaci rodziła jednak potężne problemy fabularne. Czytelnicy domagali się obecności Mocka, ale ponieważ bohaterowie poznali się oficjalnie w 1933 roku we Wrocławiu, a nowa akcja miała dziać się w roku 1926, ich drogi nie mogły się jeszcze skrzyżować. Krajewski rozwiązał ten węzeł gordyjski, zmuszając Anwalda do ukrywania się pod zmienionym nazwiskiem - Herbert Maj (co było ukłonem w stronę Karola Maya, autora ukochanych książek o Winnetou z dzieciństwa pisarza).

Powieść "Głos z piekła" zapoczątkowała nowy cykl, w ramach którego autor tworzy obecnie tzw. trylogię wałbrzyską. Pierwsza część, "Droga krwi", miała swoją premierę niedawno. Podczas spotkania na Rawikonie Krajewski po raz pierwszy publicznie zdradził tytuł kolejnego tomu:

- Książka ukaże się w październiku i będzie nosić tytuł „Bogini Wisielców”. Inspiracją stał się XVI-wieczny cytat hiszpańskiego biskupa z Jukatanu. Pisał on o wierzeniach Majów, u których samobójstwo było społecznie akceptowanym aktem wyboru. Wierzyli oni, że w momencie śmierci przychodzi do nich bogini Ixtab i prowadzi ich prosto do majańskiego raju. Ten cytat będzie mottem wyjaśniającym tytuł powieści - zdradził Marek Krajewski.

„Teraz jestem raczej dyktatorem”

Pytany o to, czy słucha głosów swoich czytelników, Marek Krajewski odpowiedział bez wahania:

- Teraz jestem raczej dyktatorem.

Choć ma świadomość, że 75% jego odbiorców stanowią kobiety, próba ugięcia się pod ich sugestiami i napisania powieści z kobiecą protagonistką zakończyła się - w jego własnej ocenie - fiaskiem. Mowa o książce "Ostre", której bohaterką jest Ewa Skoczek. Pisarz z rozbrajającą szczerością opowiedział o trudnościach z wejściem w nieznany mu kobiecy świat.

- Co ja się namęczyłem z tą książką! Kompletnie nie znam się na kosmetykach czy upiększaniu. Sam w salonie kosmetycznym byłem tylko w jednym celu: żeby zrobiono mi manicure. I tyle. Chciałem napisać scenę, w której Ewa wchodzi do takiego zakładu i widzi coś nieoczywistego. Zapytałem córki, co kobiety mogą tam robić. Kasia odpowiedziała: „Napisz tato, że robiła hybrydę”. Hybryda? Dla mnie to połączenie dwóch niejednorodnych elementów! Córka sprecyzowała, żebym napisał o nakładaniu lakieru hybrydowego. Tak zrobiłem. A potem moje redaktorki złapały się za głowy: „Marek, a nie mogłeś po prostu napisać, że nakładała hybrydę?”. To był świat zupełnie mi obcy. Książka została przyjęta dość kwaśno - opisywał autor.

To doświadczenie utwierdziło Krajewskiego w przekonaniu, że musi pozostać wierny własnej, konserwatywnej wizji retro kryminału. Odpiera zarzuty o brak sprawczości kobiet w jego powieściach, przypominając o realiach historycznych lat 20. i 30., kiedy w polskiej policji sprawami obyczajowymi zajmowała się zaledwie jedna kobieta-pułkownik.

Jako zadeklarowany dżentelmen, wychowany na dziewiętnastowiecznych angielskich wzorcach, Krajewski konsekwentnie unika tematów politycznych, religijnych i prywatnych finansów.

- Będę trzymał się swojej drogi. Przez najbliższe pięć lat zamierzam pisać kolejne kryminały z Anwaldem i Popielskim, który niedługo powróci - podkreślił.

Magia liczb i emerytalne plany

Pisarz, który w tym roku kończy 60 lat, precyzyjnie zaplanował koniec swojej intensywnej aktywności zawodowej. Jako miłośnik liczb zamierza domknąć swój dorobek do symbolicznej puli.

- Przez najbliższe pięć lat chcę napisać jeszcze 10 powieści, tak aby mój łączny bilans wyniósł dokładnie 44 książki. Przy tej liczbie skończę karierę literacką w obecnym tempie - zapowiedział.

Zaznaczył jednak, że po przejściu na pisarską „emeryturę” zwolni bieg - zamiast dwóch książek rocznie będzie publikował jedną na dwa lata i być może spróbuje innych gatunków.

Krajewski zauważył też, jak drastycznie zmienił się rynek od czasu jego debiutu. Dwadzieścia lat temu konkurencja była znikoma, a media chętnie okrzykiwały go „królem kryminału”. Dziś rynek jest nasycony wszelkimi możliwymi podgatunkami - od kryminałów feministycznych, przez gejowskie, aż po milicyjne z okresu PRL.

- W tej chwili jestem jednym z wielu autorów na rynku. Bardzo się jednak cieszę i doceniam to, że jestem pisarzem, który żyje wyłącznie z pisania powieści. To był mój cel zawodowy i to mi się udało - mówił.

Czytelniczy spis i powrót do beletrystyki

Co ciekawe, autor "Śmierci w Breslau" wyznał, że od pewnego czasu porzucił swoje dawne zainteresowania filozoficzne na rzecz intensywnego powrotu do beletrystyki. Choć sceptycznie ocenia literackie wybory niektórych Dyskusyjnych Klubów Książki, które zbyt mocno koncentrują się na literaturze obyczajowej i romansach  sam stworzył rygorystyczny system selekcji lektur oparty na nominacjach do najważniejszych nagród i rekomendacjach zaufanych recenzentów.

Krajewski namiętnie słucha audiobooków, zwłaszcza podczas jazdy samochodem. Jego czytelnicze tempo imponuje:

- Mamy lipiec 2026 roku, a ja przeczytałem i przesłuchałem już 30 książek. Pięć z nich uznałem za wybitne, pięć za dobre, a dwadzieścia za średnie, z czego wielu nawet nie skończyłem. W spisie na ten rok mam kolejnych trzydzieści pozycji.

Choć w kwestiach kryminalnych bezgranicznie ufa gustowi swojej żony, sam szuka w literaturze czegoś więcej - idealnego balansu między wartką, pełną punktów kulminacyjnych akcją a głęboką psychologią postaci. Za jedno ze swoich największych osobistych odkryć literackich uważa norweskiego mistrza Jo Nesbø, którego powieści aktualnie z zapartym tchem analizuje.

Marek Krajewski udowodnił, że mimo upływu lat i zmieniających się mód, wciąż pozostaje wierny rzemiosłu, historii i zasadom dawnego świata - zarówno w życiu, jak i na kartach swoich mrocznych opowieści. Nic dziwnego, że ma wielkie grono fanów, a ci którzy dotarli na rawickie spotkanie zaznaczali, że było ono ogromną przyjemnością i potwierdziło ich przypuszczenia, że oprócz mistrzowskiego posługiwania się słowem, Krajewski jest po prostu człowiekiem z ogromną klasą. 

 

reklama
WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
reklama
logo