Misja „bezpiecznej wody z kranu”
W męskim świecie branży komunalnej Anna Głowacz, prezes Wodociągów Gminnych w Pakosławiu, udowadnia, że kluczem do sukcesu jest połączenie twardych kompetencji menedżerskich z ogromnym poczuciem odpowiedzialności. Choć na studiach marzyła o prowadzeniu domu spokojnej starości, los postawił przed nią inne wyzwanie - zarządzanie strategiczną infrastrukturą gminy. - To nie tylko bycie prezesem, to świadomość, że każdego dnia odpowiadam za zdrowie i bezpieczeństwo mieszkańców - podkreśla. Dla Anny Głowacz, absolwentki zarządzania, satysfakcja płynie z konkretów: skutecznego pozyskiwania funduszy na cyberbezpieczeństwo czy wprowadzania innowacji, które poprawiają jakość życia lokalnej społeczności. To inspirujący przykład liderki, która w codziennej pracy łączy strategiczne myślenie z misją służenia innym.
Nowa energia i historyczny wybór w Bojanowie
Bez wątpienia najbardziej znaną i charakterystyczną kobietą piastującą istotne stanowisko dla lokalnej społeczności jest obecnie Paulina Wolsztyniak - burmistrz Bojanowa. To pierwsza kobieta na takim stanowisku w historii powiatu i gminy.
Wcześniej Paulina Wolsztyniak, mieszkanka Tarchalina, nie była osobą publiczną, nie działała w samorządzie. Pracowała jako instruktor nauki jazdy i starszy inspektor ds. windykacyjnych w Komunalnym Związku Gmin Regionu Leszczyńskiego. Jeszcze wcześniej zatrudniona była w biurze informacji podatkowej, a ostatnie trzy lata pracowała jako księgowa w dużej grupie kapitałowej Eurokomfort. Decyzja o starcie w wyborach samorządowych i walka o najważniejszy fotel w gminie nie była wynikiem długofalowego planu politycznego, lecz odpowiedzią na impuls i obserwacje poczynione podczas pracy urzędniczej. W pierwszej oficjalnej rozmowie z „Życiem” Paulina Wolsztyniak podkreślała, że widziała obszary, które w gminie wymagają „świeżego spojrzenia” i innej dynamiki działania. Otrzymywała także sygnały od sąsiadów i znajomych, że Bojanowo potrzebuje nowej energii i kandydata, który nie jest uwikłany w stare układy. Zdecydowała więc spróbować swoich sił w wyborach samorządowych, a jej wygrana była jedną z największych wyborczych niespodzianek w regionie. Jak do tego doszło?
Startowała z własnego, niezależnego komitetu (KWW Pauliny Wolsztyniak), nie mając za sobą wielkich struktur partyjnych. Wygrała (w drugiej turze) różnicą zaledwie 18 głosów.
Sama przyznała w wywiadzie, że długo nie mogła uwierzyć w ten wynik, a informację o wygranej przyjęła z ogromnym wzruszeniem i pokorą. Nie mając doświadczenia w samorządzie - poradziła sobie bez problemu. Powoli, ale konsekwentnie realizuje swoje cele, nie boi się rozmów - także tych niełatwych. Mieszkańcy kojarzą ją jako zawsze uśmiechniętą, elegancką kobietę, która dodatkowo przyciąga wzrok nietuzinkowym kolorem włosów.
Dwie dekady w służbie kultury
Martyna Misiek, dyrektor Gminnego Centrum Kultury i Rekreacji w Jutrosinie, z jednostką jest związana od 20 lat. Jej droga na dyrektorski fotel nie była dziełem przypadku, lecz świadomym wyborem popartym studiami z kulturoznawstwa i dwoma dekadami zbierania doświadczeń „od podszewki”. Jak sama przyznaje, nie wyobraża sobie życia poza kulturą, choć funkcja liderki to nie tylko blaski pracy z ludźmi, ale też ogromna odpowiedzialność i czujność organizatora, która nie pozwala na pełen luz nawet w trakcie trwania wydarzeń. Co daje jej największy napęd do działania? - Uśmiech i proste „dziękuję” od mieszkańców po udanej imprezie - mówi Martyna Misiek, udowadniając, że w zarządzaniu kulturą najważniejsze są autentyczne relacje i bezpieczeństwo gości.
Mundur to nie tylko ubiór, to charakter
Marta Zajczewska, prezes Zarządu Oddziału Miejsko-Gminnego ZOSP RP w Miejskiej Górce, udowadnia, że pasja do służby silniejsza jest niż przeciwności losu. Choć zdrowie zamknęło przed nią drzwi do zawodowej straży, ona otworzyła kolejne - budując bezpieczeństwo lokalnej społeczności i pokazując, że w męskim świecie munduru kobieta może czuć się jak ryba w wodzie. W życiu Marty Zajczewskiej mundur był obecny niemal od zawsze. Już jako dwunastolatka stawiała pierwsze kroki w strażackich szeregach, a marzenie o profesjonalnej służbie było naturalnym kierunkiem rozwoju. Jednak życie zweryfikowało te plany. - Pierwszą próbę podjęłam w 2011 roku, kandydując do policji. Później była próba do Państwowej Straży Pożarnej. W obu przypadkach scenariusz był podobny: świetnie zdane testy sprawnościowe i merytoryczne, a na samym końcu - czerwone światło od okulisty - opisuje. Dla wielu byłby to moment rezygnacji, ale nie dla niej. Rozczarowanie przekuła w działanie. Dziś łączy pracę urzędniczą w gminie Miejska Górka, gdzie odpowiada za bezpieczeństwo, z aktywną służbą w Ochotniczej Straży Pożarnej. Jak sama przyznaje, wyzwania w OSP są dziś niemal identyczne jak w jednostkach zawodowych, choć wymagają większej kreatywności przy skromniejszym budżecie.
Pytana, jak pracuje się jej w otoczeniu panów, odpowiada z rozbrajającą szczerością: Dobrze. Myślę, że panowie są łatwiejsi we współpracy. Przez lata nauczyła się wydawania jasnych komunikatów. Dla niej obecność w męskim gronie jest naturalna - to środowisko, w którym dorastała i w którym czuje się w pełni akceptowana.
Aktywność Marty Zajczewskiej to misja wyniesiona z domu rodzinnego. Jej tata przez 16 lat pełnił funkcję sołtysa Ostrobudek w gminie Pakosław, mama działała w kole gospodyń wiejskich. Ten „społeczny gen” sprawia, że Marta nie patrzy na granice administracyjne. - Pochodzę z gminy Pakosław, pracuję w Miejskiej Górce, mieszkam w gminie Rawicz - i pomagam, działam wszędzie tam, gdzie jestem potrzebna - zaznacza. - Dla mnie nie ma znaczenia, czy to moja gmina, czy inny powiat. W OSP chodzi o to, by współpracować z każdym i pomagać wszystkim - podkreśla.
Prywatnie Marta to mama trzyletniego synka, który obecnie jest jej najbardziej absorbującym „zadaniem”. Choć czasu na pasje zostaje niewiele, wciąż znajduje chwilę na pracę w ogrodzie czy działalność w KGW Masłowo. Dawne wyprawy offroadowe z mężem musiały co prawda na razie ustąpić miejsca klockom i rodzinnym spacerom, ale pasja do adrenaliny i działania wciąż w niej drzemie.
Pierwsza w rodzinie, pierwsza na linii ognia
Podkomisarz Beata Jarczewska, rzecznik prasowa Komendy Powiatowej Policji w Rawiczu, to kobieta, dla której mundur nie jest po prostu strojem służbowym - to spełnienie dziecięcych marzeń. W maju 2026 roku świętuje imponujące 26 lat służby, będąc pionierką, która zapoczątkowała rodzinną tradycję (dziś w jej ślady poszło wielu krewnych). Choć z wykształcenia jest absolwentką AWF, a sport ma we krwi, to właśnie w policyjnych szeregach odnalazła swoje miejsce. Od 2008 roku jako twarz rawickiej policji mierzy się z „cieniami” pracy pod presją mediów, ale to kontakt z ludźmi i bycie w centrum wydarzeń dają jej największy napęd. - Jestem jak powerbank, który ładuje się tylko w towarzystwie - przyznaje z uśmiechem, udowadniając, że nawet po ćwierćwieczu w formacji można zachować autentyczną pasję i pozytywną energię.
Między empatią a paragrafem, ale na właściwym miejscu
Edyta Naskręt, wcześniej wieloletnia szefowa Środowiskowego Domu Samopomocy w Rawiczu i aktywna działaczka społeczna od ponad roku pełni funkcję drugiego wiceburmistrza gminy Rawicz. Przychodząc do Urzędu Miejskiego Gminy Rawicz, wniosła doświadczenie i konkretne umiejętności, ale - jak przyznaje - pomimo tego miniony rok był dla niej czasem intensywnej nauki, „skoku na głęboką wodę” i lekcją pokory. - Zrozumiałam, że jako wiceburmistrz nie zawsze mogę powiedzieć „tak”, nawet jeśli serce mi podpowiada inaczej - ograniczają nas przepisy i budżet. Nauczyłam się jednak, że szczerość w relacjach z mieszkańcami jest ważniejsza niż składanie obietnic bez pokrycia - zaznacza Edyta Naskręt. Pierwsze miesiące na nowym stanowisku to nie było tylko „wdrażanie się”, ale intensywna, merytoryczna praca. - Cieszę się, że od samego początku mogłam współpracować z profesjonalnym i energicznym zespołem. Możliwość przejścia całej drogi - od pomysłu, aż po realizację - daje mi ogromną radość i satysfakcję. Kiedy widzę, że podejmowane działania zmieniają jakość życia mieszkańców naszej gminy, to jest to dla mnie najlepsza motywacja do dalszej pracy - przyznaje wiceburmistrz.
Nie tęskni za tym, co zostawiła obejmując stanowisko wiceburmistrza? Z pełnym przekonaniem odpowiada, że nosi w sobie ogromny sentyment do tamtego czasu. - To był przecież niezwykle ważny etap mojego życia - lata zbierania unikalnych doświadczeń zawodowych i społecznych, cennych chwil i relacji, które ostatecznie mnie ukształtowały - zaznacza. - Jednak patrząc na miniony rok z perspektywy czasu, widzę wyraźnie, że odważne zmiany są najlepszym sprzymierzeńcem rozwoju. Dziś mam głębokie, wewnętrzne poczucie, że jestem we właściwym miejscu i że podjęłam słuszną decyzję.
Edyta Naskręt nie ukrywa, że jako osoba z natury aktywna, zawsze dobrze czuła się w wirze wydarzeń. Praca w samorządzie nadała jednak tej aktywności zupełnie inny wymiar. - Aby sprostać nowym wyzwaniom, musiałam wejść na wyżyny autoorganizacji - tylko dzięki niej udaje mi się harmonijnie łączyć aktywność zawodową z życiem prywatnym. Rodzina i czas dla siebie to dla mnie granice, których pilnuję z dużą konsekwencją. Paradoksalnie, deficyt wolnych chwil stał się dla mnie cenną lekcją. Nauczyłam się celebrować każdą wolną chwilę z niespotykaną wcześniej uważnością - mówi. Dodaje, że dziś szczególną radość odnajduje w prostocie i małych przyjemnościach.
Od jednego pączka do 30 lat na pracy rzecz lokalnej społeczności
Wszystko zaczęło się trzy dekady temu od sąsiadki, która wstąpiła z pączkiem, by opowiedzieć o spotkaniu z okazji Dnia Kobiet. Dziś Małgorzata Łakomy to prawdziwa instytucja w gminie Pakosław - przewodnicząca Kół Gospodyń Wiejskich, szefowa Klubu Nordic Walking „Włóczykije” i aktywna członkini zarządu KGW w Pomocnie. Choć zawodowo spełnia się jako opiekunka w Domu Pomocy Społecznej w Osieku, to jej „drugim etatem” jest praca społeczna, której oddaje całe serce. Mimo chwil zmęczenia i rodzinnych żartów z jej niespożytej energii, Małgorzata nie potrafi odpuścić. - Jestem rzetelna - jak coś zacznę, muszę to dopiąć - przyznaje. Prywatnie miłośniczka ogrodu i przyrody, w działaniu społecznym najbardziej ceni radość w sercu po udanym wydarzeniu oraz wspólne wspomnienia, które budują silną, lokalną wspólnotę.
Ekstremalne wyzwania to jej codzienność
Swoją przygodę z bojanowską kulturą Daria Głuszek - dyrektor Gminnego Centrum Kultury Sportu Turystyki i Rekreacji w Bojanowie zaczęła przez przypadek. - Przypadki mają to do siebie, że często prowadzą nas tam, gdzie tak naprawdę powinniśmy być - podkreśla. - Gdyby ktoś mnie zapytał 15 lat temu, czy chciałabym pracować w tej branży to z pewnością odpowiedziałabym, że nie tak wyobrażam sobie swoją zawodową przyszłość. Zawsze marzyłam o tym, żeby zostać nauczycielką, dziennikarką albo pisarką. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie sądziłam, że zamienię rodzinny Poznań na niewielkie Bojanowo, o którym w życiu nie słyszałam.
Daria Głuszek wyznaje zasadę, że lepiej żałować, że się coś zrobiło niż żałować, że się nie spróbowało. - To los zdecydował za mnie i jestem mu za to wdzięczna. A kto wie co jeszcze mam zapisane w gwiazdach - zastanawia się. Ci którzy dobrze ją znają, ale chyba także sami mieszkańcy wiedzą, że szefowa GCKSTiR kocha swoją pracę. - Codziennie stawia przede nią nowe wyzwania, czasem pozornie niemożliwe i trudne do zrealizowania, ale zarówno w pracy jak i w życiu nie boję się wychodzić poza sferę komfortu i stawiam czoła wyzwaniom z podniesioną głową. Ogromną wartością dodaną są też ludzie. Mówię tu zarówno o moim zespole, jak i o całej gamie osób, z którymi przychodzi mi współpracować - mówi Daria Głuszek. Nie ukrywa, że to właśnie ludzie sprawili, że pokochała to miasteczko i to tutaj zdecydowała się osiedlić. Opowiada, że praca w małym ośrodku kultury, gdzie tak naprawdę trzeba być bardzo wszechstronnym i jednego dnia negocjować umowy, a drugiego malować ławki czy wyrywać chwasty, ma swój urok, ale jest też bardzo wymagająca czasowo. - Po prawie 15 latach już się nauczyłam, że prywatny kalendarz układam pod dyktando służbowego. Ale oczywiście work - life balance jest niezwykle ważny, więc znajduję czas na własne pasje. Muszę! Żeby do końca nie zwariować, bo jednak ciągle powtarzam, żeby pracować w kulturze trzeba być trochę szalonym - śmieje się. W wolnym czasie gra w mölkky, jeździ na ogólnopolskie i ogólnoświatowe zawody, ale też dużo czyta, trochę pisze, podróżuje i zgłębia języki obce. Aktualnie, po dłuższej przerwie, wzięła na tapetę... turecki.