Reklama

Tajemnice Zakładu Karnego w Rawiczu. Ponure dzieje ciężkiego więzienia

Opublikowano: 19 kwietnia 2021 10:00
Autor: Grzegorz Heluszka

ZK w Rawiczu

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Zakład Karny w Rawiczu ma niezwykle bogatą historię, kryje wiele tajemnic, a wciąż odkrywane są nowe fakty o losach więzienia i więźniach, którzy byli tam przetrzymywani

Reklama

HISTORIA

do 1810 roku w Rawiczu istniał i funkcjonował klasztor ojców franciszkanów braci mniejszych. W 1810 decyzją króla pruskiego Fryderyka Wilhelma II na terenie całego Królestwa Prus zarządzono kasatę klasztorów i związków wyznaniowych. Klasztor stał więc pusty przez kilka lat.

W maju 1815 roku kongres wiedeński przyznał ziemie księstwa poznańskiego państwu pruskiemu. Prezes prowincji poznańskiej zarządził wówczas, by na terenie byłego klasztoru utworzyć więzienie dla więźniów politycznych i kryminalnych z rejonu dzisiejszej wielkopolski. Nie było w tym regionie żadnego innego więzienia, a budynki klasztorne i administracyjne, po niewielkiej adaptacji, doskonale nadawały się na zorganizowanie tu jednostki więziennej.

W 1821 roku, zimą, do Rawicza przybyli pierwsi skazani, a w drugiej połowie XIX wieku więzienie nazywane wówczas Domem Kary, Domem Poprawy lub Królewskim Inkwizytoratem posiadało własne ujęcia wody, pralnię, kuchnię, piekarnię, gospodarstwa rolne w Masłowie, Sierakowie i Szymanowie. Było także wyposażone w centralne ogrzewanie - ewenement w całej Europie.

W 1921 roku więzienie weszło w skład struktury więziennictwa państwa polskiego. Od razu stało się miejscem osadzania więźniów kryminalnych, ale coraz częściej też politycznych. Osadzano tu głównie komunistów z zdelegalizowanej komunistycznej partii Polski oraz nacjonalistów ukraińskich. W tych czasach w zakładzie przebywał m.in. Bolesław Bierut - późniejszy przywódca komunistów oraz Paweł Finder i Marceli Nowotko, którzy tworzyli zręby polskiej partii robotniczej późniejszego PZPR-u.

Między 1 a 5 września 1939 roku władze więzienia opuściły placówkę, a skazani wydostali się lub zostali zwolnieni na podstawie wcześniejszych dekretów (wielu strażników zostało schwytanych przez Rosjan i osadzonych w Kozielsku i Ostaszkowie, później podzieli los grupy zamordowanej w lasach katyńskich. Szacuje się, że z więzienia 7 strażników i pracowników zostało zamordowanych w lesie katyńskim bądź innych miejscach straceń).

5 września 1939 roku do opuszczonych obiektów wjechały oddziały armii niemieckiej, które zaczęły „zapełniać” cele m.in. powstańcami śląskimi, wielkopolskimi i ludźmi, którzy zostali osadzeni za np. ścięcie słupa telegraficznego. Panowało tu wówczas bardzo duże zagęszczenie i trudne warunki.

CIEKAWOSTKI

  • Najbardziej znanym więźniem politycznym osadzonym w Rawiczu był Kazimierz Pużak - socjalista, marszałek podziemnego parlamentu państwa polskiego, sądzony w Moskwie w procesie szesnastu. Był tu wówczas najstarszym więźniem politycznym cieszącym się wśród osadzonych niezwykłą estymą. Był też jedynym, któremu władze więzienia pozwoliły nosić wąsy. Był jednocześnie szczególnie nielubiany przez strażników, którzy przyczynili się do jego śmierci. Pużak prawdopodobnie spadł ze schodów i za późno została mu udzielona pomoc. Zmarł w Rawiczu.
  • W okresie 1945 - 1956 służby więzienne sprawdzały nawet, czy skazany nie chce dokonać ucieczki pod pozorem własnej śmierci. Więźnia, którego uznano za zmarłego, przenoszono więc miedzy wewnętrzne bramy i wbijano mu w piętę dużą, grubą igłę. Archiwalne dokumenty podają jednak, że nikt nie próbował uciec w ten sposób.
  • W historii więzienia były okresy, kiedy przebywały w nim także kobiety. Najpierw na początku XIX wieku, a później w latach 40. do czasu aż uruchomiono nieistniejący już zakład karny w Bojanowie, który działał do początku lat 80. Przebywała w nim jedyna kobieta cichociemna - żołnierz zrzucona tu podczas II wojny światowej. Jedna z dwóch kobiet, które dosłużyły stopnia generalskiego - Gen.
  • 1/3 więźniów, która przebywała w zakładzie podczas II wojny światowej trafiła stąd do obozów koncentracyjnych m.in do Oświęcimia i Gross Rosen. W Zakładzie Karnym więźniowie umierali także na epidemie tyfusu i gruźlicy. Podczas drugiej wojny Niemcy dokonywali też wyroków śmierci poprzez powieszenie na szubienicy (dziś teren miejsca tej kaźni to część służbowego parkingu). W okresie 1945 - 1956 nie wykonywano tu wyroków śmierci, ale na jednym z sprawozdań dotyczących statystyki w więzieniu, w rubryce straceni znalazła się liczba 1. Jako przyczyny zgonów podawano najczęściej zapalenie płuc, niedomogę mięśnia sercowego (zawał), na którą - co ciekawe - umierali 19, 20 – latkowie.
  • 2, 5 tysiąca osadzonych znajdowało się w więzieniu podczas okupacji niemieckiej. Cele były wówczas zamknięte niemal cały czas i okna też. Nie wolno się było nawet zbliżyć do okna, bo za taką próbę nawiązania kontaktu lub zaczerpnięcia świeżego powietrza, niemieccy żołnierze mieli rozkaż strzelać.
  • Gazetę z 1865 roku znaleziono kilka lat temu pod starą posadzką podczas prac remontowych w budynku administracyjnym

ZOBACZ FILM: Kroniki więzienne. Łagier 280

Rawicka placówka cieszyła się dużą sławą głównie w okresie 1945-1956. Była to jednak sława niepochlebna - wszyscy wiedzieli, że to ciężkie i represyjne więzienie polityczne, w którym osadzeni różnymi metodami byli doprowadzani do załamania fizycznego i psychicznego. Wpływ na to miały nie tylko złe warunki bytowe, przymusowa praca, nakaz milczenia, karcery oraz bicie stosowane jako środek wychowawczy. Historia ta rozpoczęła się właściwie w 1944 roku, gdy więziennictwo na terenie Polski weszło we władanie ministerstwa bezpieczeństwa publicznego, czyli tzw. bezpieki. Wówczas to wyodrębniono w Polsce 6 największych więzień centralnych, do których należał Rawicz. Osadzano tu obywateli najbardziej niebezpiecznych dla władzy ludowej: żołnierzy byłej armii krajowej, przedwojennych polityków, strażników, policjantów, żołnierzy. Przebywali tu wysocy rangą oficerowie wojska polskiego związani z tzw. sprawą Tatara (czyli oskarżeni o szpiegostwo na rzecz innych krajów).

Marsz śmierci i łagier 280

W 1945 roku nastąpiła krótka przerwa w działalności zakładu karnego (zapoczątkowanej w 1821 r). 17 stycznia władze niemieckie zarządziły bowiem ewakuację i wymarsz więźniów do więzienia zapasowego w Waldheim w dzisiejszej Saksonii.

- To był marsz śmierci - pociągnął za sobą wiele ofiar, nie jest znana ich ostateczna liczba. Była to jednak bardzo ostra i śnieżna zima. Bardzo wiele osób zmarło z wyziębienia, z wycieńczenia. Padali po drodze i nich ich nie chował - opowiada por. Piotr Bruder kierownik działu organizacyjno-prawnego, archiwista, który znakomicie zna całą historię zakładu karnego i ciągle szuka nowych informacji na jego temat.

Po tych wydarzeniach do Rawicza wkroczyła Armia Czerwona i przejęła obiekt więzienny na swoje cele. W dzisiejszym oddziale terapeutycznym, w 4 pawilonie utworzono łagr 280. Był on wyjęty z jurysdykcji polskich władz i funkcjonował do końca grudnia 1945 roku. Osadzano w nim Niemców, którzy nie zdążyli się ewakuować z ziemi rawickiej oraz obywateli ZSRR, którzy wracali z terenów Rzeszy.

- Zanim pojechali do domu, musieli zostać sprawdzeni, czy nie są nasączeni zachodem, kapitalizmem, co widzieli, z kim się spotykali. Tu dokonano pierwszej selekcji, czy mogą wracać do domu. Rosjanie potrzebowali też ludzi i sprzętu, dlatego ten łagr służył im do wyselekcjonowania specjalistów, którzy mogli pomóc w odbudowie ZSRR - relacjonuje funkcjonariusz.

Przesłuchania głównie nocą

Do dawnego karceru i cel izolacyjnych, w których niegdyś przebywali więźniowie polityczni, wchodzi się z głównego placu więziennego. Choć większość starych cel już wiele lat temu przerobiono na magazyny lub silosy, panuje w nich zupełnie inny „klimat” niż w oddziałach położonych na wyższych kondygnacjach. Mury są bardzo grube, okna niewielkie, a powietrze wilgotne i chłodne. W okresie stalinowskim, czyli w latach 1945 - 1956, w jednej celi przebywało jednocześnie nawet 12 - 13 więźniów. Mieli oni do dyspozycji tylko dwie prycze rozkładane na noc, jeden stolik, dwa taborety i wiadro tzw. bombę do załatwiania potrzeb fizjologicznych (opróżniane raz dziennie, podczas apelu porannego). Okna były ciągle zamknięte i drzwi również (z wyjątkiem wyjść na spacer, przesłuchanie, czy transport). Więźniowie nie mogli mieć na sobie nic, oprócz drewniaków i drelichowego ubrania. W dzień nie wolno im było siedzieć, ani leżeć - za to groziły poważne konsekwencje karne, np. bicie. W nocy spali na zmianę, bo nie było miejsca dla wszystkich. Odpoczywali na zwykłych siennikach obciągniętych drelichowym materiałem. Latem, w tych niewielkich pomieszczeniach, było duszno, zimą bardzo zimno. Jak to faktycznie wyglądało, trudno sobie wyobrazić. Tym bardziej, że gdy w celi znajdują się tylko dwie osoby świeżego powietrza powoli zaczyna brakować. Na terenie zakładu przez cały dzień panowała kompletna cisza przerywana jedynie zgrzytaniem klucza w zamku, trzaskaniem krat oraz krzykami dochodzącymi z karcerów i pokojów przesłuchań, które celowo odbywały się w okresie ciszy nocnej. Miało to wzmóc poziom strachu wśród więźniów.

Do izolatki za posiadanie herbaty

By obejrzeć tzw. karcer, schodzimy do najniższej kondygnacji więzienia, położonej jeszcze niżej od piwnic. Mury są tu grubsze, korytarze węższe i niższe, a okna podsufitowe w celach zupełnie maleńkie. Jest tu ciemno i dodatkowo panuje specyficzny mikroklimat (stała temperatura i duża wilgotność), w wyniku którego... mumifikują się martwe pająki. Wchodzimy do małego, może 2-metrowego ciemnego, ponurego miejsca, które było celą izolacyjną. Dla oddania prawdziwych wrażeń porucznik gasi latarkę.

- Znajdujemy się w celi, która podczas II wojny i okresu 1945-1956 była izolatką dla więźniów, którzy tu trafiali za karę - za to, że nawiązywali kontakt z kolegą z celi, za to, że próbowali przemycić z widzenia lub w paczce jakiegoś papierosa lub malutką porcję herbaty i za to, że się służbom więziennym albo strażnikowi nie podobała jego twarz. Tu można było trafić na kilka godzin, kilkanaście lub kilka dni. Nie ma światła, a drzwi były podwójne. Poczucie utraty czasu i zatracenia daje o sobie znać w tym miejscu bardzo szybko - podkreśla Piotr Bruder. - To pomieszczenie posiadało tylko bombę i czasami siennik wydawany do spania. Nie można tu było posiadać niczego.

Idziemy dalej do kolejnej, nieco już większej izolatki z oknem, służącej także jako pokój przesłuchań. W tym pomieszczeniu zimą okno wyjmowano i więźniowie przebywali w nim na boso i w samych kalesonach, co miało być swego rodzaju torturą.

- Przesłuchiwaniem więźniów zajmowali się funkcjonariusze działu specjalnego, tzw. wewnętrzne UB. Dokonywali selekcji, przesłuchiwali więźniów pod różnym kątem, sprawdzali również funkcjonariuszy straży więziennej - rozgryzali ich przynależność kościelną, światopoglądową, sprawdzali jak się prowadzą jako mieszkańcy miasta, czy nadużywają alkoholu, czy chodzą do kościoła, czy uczestniczą w manifestacjach - opowiada funkcjonariusz.

Korytarz wiedzie do kolejnego - znacznie większego pomieszczenia. Znajduje się w nim jedna z kilku poklasztornych studni. Choć jest już nieczynna, woda nadal w niej stoi i nigdy nie opada ani nie podnosi się powyżej pewnego poziomu - niezależnie od wieloletniej suszy czy powodzi.

Wiadomo również, że miejsce to było wykorzystywane do przesłuchiwania skazanych - byli tu podtapiani. Stosowano też metodę tortur tzw. kroplą wody - wyjaśnia Bruder. - Nawet nie wiadomo, kto i jak dokładnie to wymyślił. Próbowano studnię zasypać, ale woda dalej nachodzi.

Ucieczka w stylu amerykańskim

Ostatni transport więźniów politycznych dotarł do Rawicza w 1956 roku, gdy placówka funkcjonowała już pod jurysdykcją polskiego ministerstwa sprawiedliwości. Byli to uczestnicy poznańskiego czerwca. Zwalniano ich jednak po kilku tygodniach lub miesiącach, gdyż do procesów nie doszło. Miało w tym czasie za to miejsce jedyna w historii Zakładu Karnego ucieczka. Gdy już wychodzimy z wilgotnych piwnic, na słoneczny dziedziniec i możemy odetchnąć świeżym powietrzem, porucznik Bruder pokazuje miejsce, w którym doszło do wydostania się więźniów na wolność.

- To była ucieczka w stylu amerykańskim. 1 lipca 1961 roku dwóch więźniów, przy pomocy drabiny przeskoczyło przez mur na wysokości dawnego kościoła. Przeszli dalej ulicą Pużaka i Placem Wolności. Jakoś dostali się na tereny dzisiejszego hotelu Maria, gdzie przeleżeli w zbożu dwa dni. Udało im się to bo wykorzystali chwilową nieuwagę rosyjskich pracowników, którzy nie dbali o porządek tak jak Polacy czy Niemcy - opowiada porucznik. - Obaj jednak do zakładu wrócili. Jeden został złapany, a drugiego doprowadził na posterunek.. własny ojciec, bo miał go dosyć w domu.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.