Reklama

Zmarła Mieczysława Mosiek. Chórzystka, naoczny świadek wysiedleń pakosławian

Opublikowano: pon, 28 gru 2020 15:12
Autor:

Zmarła Mieczysława Mosiek. Chórzystka, naoczny świadek wysiedleń pakosławian - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości

 PAKOSŁAW  Mieczysława Mosiek urodziła się Chojnie. Po ośmiu latach razem z rodziną przeprowadzili się na Olbinę, która administracyjnie przestała istnieć w 1934 roku. Dziś to jedna z ulic Pakosławia.

Pierwsze trzy klasy szkoły podstawowej „zaliczyła” w Pakosławiu. - Szkoła wtedy mieściła się w... pałacu - wspominała rok temu Mieczysława Mosiek w rozmowie z "Życiem".

Kiedy wybuchła wojna mała Miecia miała 10 lat. Jak do Pakosławia weszli Niemcy, to polską szkołę przeniesiono do tzw. domu nauczyciela. - Mieliśmy tam bardzo fajną nauczycielkę, ale wszystkiego uczyliśmy się po niemiecku, nawet pacierza. Potem musiałam już chodzić do Golejewka – dopowiedziała.

W 1939 roku 1/3 mieszkańców Pakosławia stanowili Niemcy. Wiele rodzin zostało wysiedlonych ze swoich gospodarstw i mieszkań

Kościół został zamknięty, a proboszcza - Teodora Szymkowiaka aresztowano. W samej świątyni urządzono magazyn. Pakosław zamieniono na „Pakswalde”. Zlikwidowano wszystkie polskie instytucje i organizacje. Usunięto polskie napisy i godła. Polakom skonfiskowano rowery, auta, aparaty fotograficzne i radia. W pobliskich Kubeczkach i Zaorlu istniały obozy pracy przymusowej, skąd więźniowie brali udział w regulacji Orli i Szpatnicy, by ostatecznie trafić do komór gazowych. W październiku 1939 roku rozstrzelano w lesie koło Podborowa 17 Polaków.

- To nie był dobry i spokojny czas, w jakim powinno się dorastać - podkreślała Mieczysława Mosiek. Do domu Jarczewskich i Bartkowiaków Niemcy wkroczyli w lutym 1941 roku.

- Była czwarta rano. Nikt się tego nie spodziewał. budzili nas wszystkich i dali nam 15 minut, by spakować dobytek życia w podręczny bagaż - wspominała rok temu, 91-letnia wówczas mieszkanka Pakosławia. - Nie wiedzieliśmy, co najpierw zabierać. Ubrałam się szybko i pomagałam ubierać młodsze rodzeństwo - najmłodszy brat był jeszcze w kołysce. Siostra chodziła do organisty uczyć się grać na mandolinie i skrzypcach, więc chciała je zabrać ze sobą. Najpierw jeden Niemiec jej na to nie pozwolił, a potem drugi kazał jej spakować instrumenty. Cały czas na nas krzyczeli. Do dziś słyszę, jak jeden z nich krzyczał: „Schnell! Schnell! Schnell!” („Szybko!” - przyp. red.). W tych nerwach mama zabrała ze sobą jedną pierzynę - relacjonowała Mieczysława Mosiek. Zapędzono ich koło budynku urzędu gminy. Tam czekali kilka godzin na resztę osób, które miano wywieźć z Pakosławia. - Paru osobom udało się uciec. Nas przewieziono do Miejskiej Górki, gdzie od urzędników dostaliśmy konkretne zakwaterowanie - do Wydaw - wspominała.

Pierwotnie część rodziny chciano wywieźć w głąb Rzeszy.

- Ciocia (mieszkająca z nimi niepełnosprawna siostra matki Mieczysławy Mosiek - przyp. red.) była śliczną blondyneczką o błękitnych oczach - idealnie pasowała do rasy aryjskiej. Jednak, kiedy zobaczyli jej nogę, zmienili zdanie. Uratowała ją jej niepełnosprawność - ciocia była po chorobie Heinego Medina. Siostra Rozalia trafiła pod Polkowice, gdzie pracowała w fabryce amunicji, przy produkcji granatów. Jak się okazało - była tam kolaborantką. Zamiast prochu, pracownicy sypali do nich... piasek - opowiadała Mieczysława Mosiek.

Ona z matką i dziadkami zamieszkała w gospodarstwie rodziny Spechtów w Wydawach. Tych ludzi pani Mieczysława wspomina niezwykle dobrze.

- Kiedy weszliśmy do kuchni gospodyni nasmarowała nam chleba z syropem buraczanym, nazywanym sztucznym miodem. My byliśmy nie do życia. Spechtowa wtedy powiedziała: „Nie płaczcie - my wam krzywdy nie zrobimy”. Była dobrą i mądrą kobietą - podkreślała Mośkowa. Mała Miecia mieszkając na Wydawach chodziła do szkoły w Zielonej Wsi. Tam też przyjęła Pierwszą Komunię Świętą. - Na bosaka się chodziło doić krowy – takie były czasy - wspominała. 

Jako 12-latka Mieczysława Bartkowiak trafiła do pracy w Heighten za Borkami (osada w dzisiejszym powiecie trzebnickim) - do Niemca o nazwisku Stain.

- Swój pokój miałam na poddaszu - obok pokoiku syna leśniczego - rok młodszego ode mnie. Miałam łóżko z pierzyną - nawet dość wygodne, maleńką szafeczkę i miskę do mycia. Bez ogrzewania. Tata dowiózł mi potem kilka drobiazgów - wspominała. Przyznaje, że trafiła tam również na dobrych ludzi, którzy nigdy nie podnieśli na nią ręki, ani w żaden sposób jej nie skrzywdzili. - Perfekcyjnie mówiłam po niemiecku i to do takiego poziomu, że wiele osób nie wiedziało nawet że jestem Polką. Umiałam sprzedać jajka i załatwić wizytę u lekarza, czy sprawy na poczcie. Dali mi nawet rower, żebym mogła z gospodynią pojechać do Żmigrodu do jej mamy. Często jechałam na pocztę i wysyłałam ich listy do syna, który był w wojsku - opowiadała.

Po jakimś czasie rodziców Mieczysławy wysiedlono z Wydaw. Chciano ich wysłać w głąb Rzeszy.

- Jednak mój gospodarz - Stain, załatwił im przeniesienie do Borek. W miejscu, gdzie dziś znajduje się maleńki kościołek, zamieszkała tylko mama i babcia z moim młodszym rodzeństwem - mówiła. Tata i dziadek Mieczysławy trafili do obozu pracy w okolicy Milicza. Stamtąd powrócił tylko jeden z nich. - Niestety, tata zmarł z przyczyn nam nieznanych. Wieczorem pisał do rodziny list, a rano już nie żył. Ale tu trzeba zaznaczyć, że jego ciało nam wydali. Robotnicy poskładali się dla niego na trumnę, której każda ściana była z innego materiału. Najpierw chcieli go pochować na miejscu, ale dzięki staraniom mamy, która była obrotną kobietą, pochowano go na cmentarzu w Zielonej Wsi - wspominała pani Mieczysława.

Na przełomie 1944 i 1945 roku Niemcy zaczęli opuszczać polskie ziemie. Wśród nich byli Stainowie.

- Jak się wyprowadzali z leśniczówki zostawili wszystko. Oni byli przekonani, że za 2 tygodnie wrócą. Niestety, po kilku dniach tam już wszystko było splądrowane. Rosjanie ,ale też Polacy nie oszczędzili niczego. Dziś w tym miejscu nie ma nawet śladu po leśniczówce - nie ma nawet kręgów od studni. A to było przepiękne miejsce - wszystko zadbane i ogrodzone - wspominała Mieczysława Mosiek. Kiedy Stainowie wyjeżdżali, ona trafiła do mamy do Borek.

Do domu na Olbinie rodzina Jarczewskich i Bartkowiaków wróciła w lutym 1945 roku.

- Tu był obraz nędzy i rozpaczy - kręciła głową pani Mieczysława. - Spaliśmy na słomie, bo co prawda budynki stały, ale w środku wszystko było splądrowane. Zaznacza, że w domu nie było żadnego mebla. Potem okazało się, że to głównie Polacy grabili opuszczone domostwa. - Tego jesteśmy pewni, bo z czasem wiele rzeczy się odnalazło i to nawet aż w Szkaradowie - jak nasz kultywator. Trafialiśmy na nie najczęściej przypadkiem - opowiada. Rodzina wszystko musiała zaczynać od nowa - od zera. Nie mieli ani krowy, ani konia. Był tylko pies, który im towarzyszył na wygnaniu. - Ten pies przywiózł ciocię z wygnania w... wózku - dodała Mieczysława Mosiek. Potem z przydziału dostali... stół i cztery krzesła.

W Pakosławiu Mieczysława Bartkowiak ukończyła szkołę - tzw. SPR-y, a potem miała trafić do Służby Polsce.

- To jednak skończyło się bojkotem i razem z moim sąsiadem Kaziem Niedbałą musiałam za karę posprzątać posterunek milicji, który mieścił się naprzeciwko kościoła w Golejewku - mówiła.

Przez 18 lat pracowała w miejscowym ośrodku zdrowia.

- Pielęgniarką nie byłam, ale musiałam wszystko robić - podawać zastrzyki, zmieniać opatrunki, rejestrować, czy towarzyszyć doktorowi Gawrońskiemu, który przyjeżdżał do nas z Jutrosina. I nie potrzebowałam do tego żadnego dyplomu, jak to dziś. Do pacjentów jeździłam też rowerem po całej okolicy - wspominała.

W czerwcu 1965 roku, mając 36 lat wyszła za mąż za Józefa Mośka. Doczekali się trojga dzieci: Dariusza, Radosława i Mirosławy.

Mośkowie wspólnie prowadzili gospodarstwo. - Mama większość życia kimś się opiekowała - albo najstarszymi członkami rodziny, albo też najmłodszymi - dodaje córka Mirosława Domagała.

Mieczysława Mosiek była jedną z pierwszych członkiń chóru, kiedyś świeckiego, a dziś kościelnego.

- Pamiętam jego początki, kiedy zaczął go organizować w 1945 roku Jurek Jórdeczka, ja trafiłam tam za namową pani Skrzypkowej. Ja i nieżyjący już Feliks Wawrzyniak jako pierwsi się do niego zapisaliśmy. Przy pianinie u organisty mieliśmy próby śpiewu. Tak ćwiczyliśmy, że jak proboszcz wrócił z Krakowa z wygnania, to już mieliśmy chór jak się patrzy. To były czasy... Po próbach zawsze mieliśmy jakieś spotkania integracyjne i zabawy - wspominała pakosławianka, która jeszcze do niedawna czynnie uczestniczyła we wszystkich występach.

Mieczysława Mosiek zmarła 21 grudnia.

- Zawsze solidna i uśmiechnięta, była dla nas wzorem i wsparciem - wspominają chórzyści.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE