Impuls z Zakopanego
Dla wielu droga w wysokie góry wiedzie przez lata wspinaczki w Tatrach, czy Alpach. U Klaudiusza Banaszkiewicza z Rawicza proces ten był ekspresowy. Po udanym starcie w październikowym półmaratonie szukał kolejnego wyzwania, by mieć motywację do trenigów i sprawdzenia samego siebie.
A że akurat w międzyczasie byłem z tatą w Zakopanem, gdzie trochę wkręciłem się w te góry, pojawił się parę razy temat Kilimandżaro, to mówię: no nic, to zapisuję się i jadę” - wspomina.
Decyzja zapadła szybko, ale przejście od Giewontu do najwyższego szczytu Afryki wymagało solidnych przygotowań. Klaudiusz, choć był już w dobrej formie, postawił na profesjonalizm, znalazł odpowiednią firmę w Krakowie, która przydzieliła mu trenerkę specjalizującą się w przygotowaniach wysokogórskich. Miał na to zaledwie trzy miesiące.
Od razu było wiadomo, że największym wyzwaniem będzie właśnie sama wysokość, bo nigdy nie wiadomo, jak organizm na nią zareaguje.
A jak rodzina zareagowała na jego błyskawiczną decyzję? Klaudiusz przyznaje, że mama się martwiła, babcia kibicowała, a tata zazdrościł.
- O tym, że zdobyłem szczyt dowiedzieli się dwa dni poźniej, bo nie było możliwości kontaktu. Na szczęście wcześniej ich o tym informowałem, więc byli w miarę spokojni - zaznacza.
Walka z własnym organizmem
Z Polski wyleciał od razu po świętach - 26 grudnia. Z Warszawy przez Etiopię dotarł do Tanzanii. 28 grudnia zaczęła się już siedmiodniowa wyprawa na Kilimandżaro.
Choć wydolnościowo był gotowy, góra postanowiła wystawić go na próbę już na samym starcie - i to w najmniej oczekiwany sposób.
Najgorsze miałem pierwsze dwa dni, bo mnie przeziębienie złapało jeszcze na dole. Mówię: co ja tu robię? Później, jak już mi przeszło, wszystko było dobrze - zaznacza.
Prawdziwym wyzwaniem nie był jednak katar, a właśnie wysokość. Kilimandżaro to góra trekkingowa, ale brak tlenu brutalnie weryfikuje przygotowania. Klaudisz widział osoby, które nie zdołały dotrzeć na szczyt przez chorobę wysokościową. On sam adaptował się dobrze, choć podkreśla, że kluczem była dyscyplina i... ogromne ilości wody.
Dwie zasady najważniejsze: wolniuśko podchodzić i masę wody pić. Cztery, pięć litrów płynów dziennie - opowiada.
Nocny atak i modlitwa o „wpuszczenie”
Atak szczytowy to moment, który zapamiętuje się do końca życia. Zaczyna się w środku nocy, po zaledwie krótkiej drzemce w namiocie, przy temperaturze odczuwalnej spadającej do -15°C.
Najpierw modlitwa odprawiona przez lokalnych mieszkańców, żeby góra nas "wpuściła" i atak. 5 kilometrów idzie się 8 godzin, bo o to chodzi, by iść wolno, stopniowo i powoli się aklimatyzować. Na tej wysokości miałem już małe zawroty głowy, ale czułem się dobrze - mówi.
Wysiłek opłacił się z nawiązką. Klaudiusz wraz z grupą dotarł do Stella Point (pierwszego punktu zaliczanego jako zdobycie szczytu) idealnie na wschód słońca. Choć jszcze godzina drogi dzieliła go od głównego szczytu, ale jak mówi - już wtedy emocje puściły i wszyscy się ogromnie wzruszyli.
Siedem dni drogi, by postać 15 minut na szczycie góry. Czy warto było? Bezapelacyjnie tak. Popłakałem się na szczycie. To były emocje nie do opisania - relacjonuje Rawiczanin.
Szacunek dla „lokalsów” i wielkie plany
W wyprawie był jedynym Rawiczaniem, ale na miejscu poznał ludzi, z którymi nadal pozostaje w kontakcie, a także których bardzo podziwia. Był to triathlonista Sławek Banacki oraz Gaweł Boguta - znany polski biegacz ultra, który brał udział w legendarnym 26. Maratonie Piasków w 2011 roku.
Klaudiusz w swojej opowieści mocno akcentuje taże rolę tych, których często na zdjęciach nie widać – portierów.
Największy szacun dla nich. Bez nich my, Europejczycy, raczej byśmy się tak łatwo nie wdrapali na tą górę. To oni rozkładają obozy, noszą część naszych rzeczy. To najgorsza robota - podkreśla.
Dla Rawiczanina Kilimandżaro to dopiero początek.
Fajne uczucie, kiedy zdobywasz szczyt i masz go już w garści. To coś niesamowitego. "Wkrętka" została złapana na następne szczyty - kończy Klaudiusz, udowadniając, że od amatorskiego biegania do wielkiej przygody czasami dzieli nas tylko jedna, odważna decyzja. - Chciałbym bardzo podziękować liderce Joannie Wulkiewicz, całemu zespołowi za wsparcie, przekazane doświadczenie oraz niesamowitą atmosferę podczas wyprawy, firmom: Hurst, B&M, PETROLAVA, H&H TAXCARE, LT BETON, STADNINA KONI ADAM LACHERA za pomoc w organizacji oraz w sfinansowaniu wyprawy, a rodzinie i przyjaciołom za wsparcie i wiarę - dodaje.
Bakcyl górski został połknięty na dobre. W planach na ten rok Klaudiusz ma już kolejne cele:
- marzec: Tubkal (najwyższy szczyt Maroka),
- czerwiec: Festiwal Sportu w Rawiczu (bieg 24-godzinny),
- lipiec: Mont Blanc.